Klątwa (?) omegi

Żeby od razu na wstępie była jasność – to bardzo fajna łódka jest i cieszę się, że jest naszą klasą narodową i mnóstwo ludzi się na niej ściga i ma dobre wspomnienia… Ale… O ile zaraz po wojnie i przez następne kilkadziesiąt lat realizowano na niej szkolenia i było to dobre, bo można było zapakować kilka osób, i szkolącego, i mogli pływać, i nie potrzebna była motorówka w sumie a polski model żeglarstwa wojskowo-komendowego idealnie dawał się realizować na niej, o tyle czasy się zmieniły.


Marzy mi się abyśmy uczyli ŻEGLOWANIA na podstawowym kursie, wcale niekoniecznie na patent! Czy omega tego uczy? Pewnie tak ale czy w najefektywniejszy sposób to już mam poważne wątpliwości…


Po pierwsze – efektywny czas przy sterze! W modelu 4 (a często 5) kursantów plus szkolący, tylko trzech z nich ma co robić. I to przy założeniu, że sternik odda grota (a tego system szkolenia nie lubi). Reszta przesadza tyłek i ochoczo odkrzykuje komendy.


Wyobraźmy sobie kurs na prawo jazdy realizowany w ten sposób… Dziewięcioosobowy bus gdzie instruktor kursantowi zapowiada skręt w lewo, a kursant do pasażerów gromko krzyczy “Uwaga skręt w lewo” a ci mu odpowiadają radośnie, że są gotowi… Serio? Chcielibyście żeby tak szkolone osoby jeździły po ulicach? W sumie pewnie byłoby taniej, bo jeśli minimum zakłada 30 godzin to podzielone przez 8 dawałoby duże oszczędności. Z ogólnego czasu szkolenia wynik robi tylko czas przy sterze. To chyba nie wymaga komentarza. Reszty uczymy w tzw międzyczasie.


Po drugie – charakter. Omega jest łódką nijaką (mówimy o standardzie szkoleniowym przypomnę). Nie nauczy poważnej inercji ale też wybacza mnóstwo błędów. Nie wymaga czujnego balastowania ale da się ją wywrócić (chociaż jest to w normalnych warunkach trudne), przy czym nie da się jej łatwo i szybko postawić. Nie nauczy czemu kontra przy zwrocie przez rufę jest ważna, bo się nie przewróci od tego (BTW mnóstwo znanych mi żeglujących (nawet „kapitanujących”) osób nie wie nawet, że taką kontrę założyć trzeba). Jak tylko powieje mocniej to trzeba kilku osób żeby ją wybalastować ale płynie wtedy na tyle dziarsko, że ciężko mówić o walorze szkoleniowym (kiedyś jako KWŻ w Pucku wprowadziłem obowiązek refowania od 3B, właśnie po to żeby wszystko się wolniej działo).


Po trzecie – rozmiar. “Mała łódka nauczy cię żeglarstwa, dużo da ci sławę” – tak mówią o tym Brytyjczycy. Ja zawsze dodawałem, że skuteczność podstawowego szkolenia jest odwrotnie proporcjonalna do odległości tyłka od wody (im dalej tym słabiej). Większość znanych mi żeglujących osób nie siedziało nigdy na niczym mniejszym niż omega. I uważają, że sześciometrowa łódka ważąca około ćwierć tony jest mała. Najczęściej uważają tak tylko do czasu kiedy wsiądą na cokolwiek rzeczywiście małego (szczęśliwie powoli pojawiają się możliwości wypożyczenia jakiś RSów czy innych Laserków) i wtedy przyznają (często ze zdziwieniem mimo, że są to teoretycznie opływani ludzie), że było im trudno i nawet się wywrócili i że jest to zupełnie fajne.


Po czwarte – infrastruktura towarzysząca. Łódka ważąca ćwierć tony nie jest łatwa do wyciągnięcia na brzeg. Potrzebna więc keja. I bojki. I jakiś slip (lub dżwig) żeby ją do tej wody wrzucić lub wyjąć. Same drogie rzeczy. Mała łódka daje się slipować z brzegu (plaży, łąki, cokolwiek) a kiedy nie jest używana może stać na brzegu. A tam nie musi być kontrolowana czy np nie podtapiają jej opady deszczu. Słowem duże oszczędności.


Po piąte – koszty osobomiejsca na łódce. No właśnie. Paradoksalnie można szkolić efektywniej kosztowo. Kilka łódek trzyosobowych może być ogarniane przez jednego nauczyciela/trenera z motorówki. I nie koniecznie musi to być RIB z 60KM. Ponadto mały (3,5 – 4,5 metra) slup dla trzech osób (ważący nie więcej niż 100kg) może być bardzo tanio otaklowany (jedna para want bez salingów i sztag) i wyciągany na brzeg na wózku slipowym po każdym pływaniu. Przez co będzie kosztował mniej niż połowę łódki dwa razy pojemniejszej około sześciometrowej.


Po szóste – PRZYZWYCZAJENIE! Omegę mamy tak zakodowaną w głowie, że część jej potencjalnych następców (powielających większość wymienionych powyżej wad omegi) nawet nazywa się też greckimi literkami. Przecież to jest jakaś paranoja! Te które nazywają się inaczej, same siebie nazywają “następcą omegi”. Nie potrzebujemy następcy omegi! Potrzebujemy nowego spojrzenia na naukę żeglowania. Przecież mamy moc świetnych trenerów (a nawet kilku rozsądnych instruktorów) i oni wiedzą jak to robić!

Jestem otwarty na dyskusję, zachęcam do udostępniania. Porozmawiajmy o tym możliwie szeroko, bo zwyczajnie chyba na to czas po siedemdziesięciu latach…

Robert


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
© 2022: POLsail | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress
0
Would love your thoughts, please comment.x